Ostatnie wpisy
Zakładki:
.
A na spacer chadzam tu :
Gorseciarnie
Inne
LdF w mediach
Zapachowe Fora
|
środa, 07 marca 2012
Już. Skończone. Podłoga błyszczy, w glazurze można się przeglądać. Właśnie wyszłam z kąpieli, odprężona i zadowolona ze swojego dzieła. Dom tchnie czystością, jest świeży, pachnący. Czyściusieńkie, wykrochmalone zasłony wiszą wokół okien, leciutkie jak piórko firaneczki powiewają poruszane lekkim podmuchem wiatru z za uchylonego okna. Miękkie, szydełkowe poduszki zachęcają do odpoczynku na kanapie. Jeszcze chwila przy pachnącej świecy, jeszcze tylko lekka ziołowa herbatka przed telewizorem i za chwile wskoczę pod kołdrę powleczoną w świeżo wykrochmaloną powłoczkę, wyprasowaną z użyciem kwiatowej wody do prasowania i wywietrzoną na lekkim jeszcze wczesnowiosennym ( lub późnozimowym – wolę to pierwsze ;) ) mroźnawym słonku, wtulę twarz w poduszkę i będę się inhalować wonią czystości.
Skończone przedwiosenne porządki, dom budzi się po zimowym śnie, ściany zaczynają żyć, oddychać, promieniować wiosennym blaskiem – mój radosny, świetlisty dom. Odprężenie ….. Tak odbieram Iperborea – L.Villoresiego , w zasadzie nic dziwnego, bo pierwsze wyczuwalne nuty tchną właśnie wiosną: Nuty głowy: konwalia, fiołek alpejski, nuty zielone, pomarańcza, mandarynka, brzoskwinia
Potem robi się cieplej, tak samo jak z tą pościelą. Na początku pachnie świeżością, potem nabiera ciepła od naszego ciała, ociepla się tworząc przyjemną puchową pierzynkę – idealną na chłodne przecież jeszcze marcowe wieczory. Mój dom oddaje jeszcze zapach nagrzanego drewna, czuję woń żywicy w mocno słoneczne dni, zwłaszcza w okresie przełomu zimowo-wiosennego. Dlatego tez Iperborea to dla mnie uosobienie tego okresu oczekiwania, tęsknoty za ciepłem, słońcem, które jest przecież tuż tuz, za chwileczkę za momencik. Otwieram się na nowe ….. zobaczymy co wiatr przyniesie.
Nawiązując do folozofii tego zapachu, mój dom właśnie jest dla mnie tą świetlista krainą, tą ostoją spokoju i harmonii. W nim, mogę być jedną „ z istot, z oczami utkwionymi w gwiazdach, z duszą zatopioną w morzu”, której „domem są drzewa i wodne lasy, daleko od ziemi, otoczonych falami oceanu. „. Mogę cieszyć się słońcem i poranną rosą, która kładzie się rankiem na podwórkowej trawie, a teraz jeszcze mroźnie skrzy drobinkami lodu.
czwartek, 16 lutego 2012
nuta głowy: włoska zielona mandarynka, grejpfrut z Florydy, paragwajski petitgrain nuta serca: liście goździków, cynamon ze Sri Lanki, egipskie geranium, kwiat pomarańczy nuta głębi: benzoin, wenezuelska tonka, indonezyjskie paczuli Początek mocno uderza do głowy, świdrując ostrym cytrusowo-chemicznym aromatem. Przerażająca w tej sytuacji staje się informacja producenta, że zapach jest wyjątków trwały. Pozostaje nadzieja, że to tylko przechwałki lub ( co mniej prawdopodobne ) zapach ociepli się i złagodnieje, zacznie przypominać coś innego niż woń środka czyszczącego w gospodarstwie domowym. Z wolna klaruje się wizja zmysłowej pokojówki w minispódniczce i mikroskopijnym fartuszku pląsającej po domu z wilgotnymi chusteczkami do kurzu o cytrynowym zapachu. Czekam na ciąg dalszy. I jest. Pokojówka skończyła z kurzem! Zabrała się za podłogę, o nie, nie tańczy z mopem. Klasycznie jedzie na szmacie. Wszędzie czuć pastę do drewna, a pokojóweczka śmiało wypina tyłeczek, gładząc drewnianą podłogę szmatką z środkiem do pielęgnacji drewna. Podłoga lśni. Dom nabiera blasku. Panom taka wizja spodobać się powinna. Mnie, niekoniecznie.
czwartek, 12 maja 2011
Shalimar to ikona, zapach stworzony w 1925 roku , symbol rozpaczy po stracie miłości życia. Historia, którą opowiada powoduje ( przynajmniej w moim odczuciu ) respekt i dystans do samego zapachu w trakcie jego recenzowania. Nie ukrywam, że bałam się w ogóle zabrać do napisania czegokolwiek na jego temat. Uważając, że moja skromna osoba nie jest godna oceniania tego zapachu. Ale …. Czemu mam się bać, skoro go uwielbiam. Tylko jak to swoje uwielbienie przenieść tutaj, jak ująć je w słowa, skoro nie ma takich , które oddały by moje wrażenia kiedy go noszę. Shalimar jest jak jedwabna chusta księżniczki z dalekiego, egzotycznego kraju., wyszywana szlachetnymi kamieniami. Przesiąknięta zapachem drewna, kadzidła, kwiatów i owoców, który w połączeniu z zapachem skóry niesie ze sobą światło, słońce i wiatr. Otulona tą drogocenną chustą czuję się jedyna w swoim rodzaju, czuję jej miękkość i ciepło a zarazem majestatyczną siłę. Shalimar jest jednym z cudów świata perfumiarstwa, zbyt doskonałym by opisać go słowami.
Nuty zapachowe:
środa, 23 lutego 2011
Zapach bezsprzeczenie przywodzi na myśl coś tajemniczego, mrocznego, okrytego ciemnością wilgocią, osnutego kadzidłem . Sabat czarownic w środku mrocznego lasu. To jest to co przyszło mi jako pierwsze skojarzenie do głowy. Ciemna noc, polana, trzy wiedźmy tańczą wkoło ogniska. Odziane jedynie w suknie długie, kostek sięgające, przystrojone dzwonkami.
Śpiewają chórem :
O nocy złowroga Która echem niesiesz Natury pomrukiwania
O nocy deszczowa, Która deszczem płaczesz Nad naszym potępieniem
Zamilknij! Zamilcz!
Posłuchaj!
Czarownic twych chór Cię woła Przybądź z pomocą Przybądź i wzmocnij Wiedźmy moc I ducha ...
Czarownica pierwsza:
O nocy nieskromna Ty odkryj przede mną Te tajemnice, o które człowiek się boi nawet zapytać ...
Śpiewają chórem :
O nocy złowroga Która echem niesiesz Natury pomrukiwania
O nocy deszczowa, Która deszczem płaczesz Nad naszym potępieniem
Zamilknij! Zamilcz!
Posłuchaj! Czarownic twych chór Cię woła Przybądź z pomocą Przybądź i wzmocnij Wiedźmy moc I ducha ...
Czarownica druga:
O nocy nieprzenikniona Spraw by widziała Spraw bym słyszała Tego co nikt nie widzi ani nie słyszy ...
Śpiewają chórem :
O nocy złowroga Która echem niesiesz Natury pomrukiwania
O nocy deszczowa, Która deszczem płaczesz Nad naszym potępieniem
Zamilknij! Zamilcz!
Posłuchaj!
Czarownic twych chór Cię woła Przybądź z pomocą Przybądź i wzmocnij Wiedźmy moc I ducha ...
Czarownica trzecia:
O nocy władcza Obdarz mnie głosem Niech umysł ludzki usłyszy Chodź słów nie wypowiem ...
Śpiewają chórem :
O nocy złowroga Która echem niesiesz Natury pomrukiwania
O nocy deszczowa, Która deszczem płaczesz Nad naszym potępieniem
Zamilknij! Zamilcz!
Posłuchaj!
Czarownic twych chór Cię woła Przybądź z pomocą Przybądź i wzmocnij Wiedźmy moc I ducha ...
Dosypują kadzidła do ognia, płomienie buchają wysoko i gasną całkiem. Słychać krzyki, przerażenie. Czarownice uciekają do lasu. Polana zostaje pusta. Wchodzi na nią postać w suknie z czarnego materiału prztykanego srebrnymi nitkami. Głowa i twarz okryte czarnym woalem.
Noc:
O Wy bezczelne O Wy złe Wiedźmy pospolite Jak śmiecie moc nocy wzywać Na swoje użycie
Noc jest odpoczynku okryciem Noc, łożem świadomości
Śpijcie Śnijcie
Nie wadźcie nikomu Nie knujcie przeciw ludzkości.
Czarownice zza drzew śpiewają chórem:
O My nieuczciwe Złe do szpiku kości
Nie mamy w Tobie sprzymierzeńca Szukać nam dalej Szukać i knuć znaleźć innego odmieńca
Odejdź stąd, odejdź! Precz, precz!
Noc: Zginąć wam zatem Przepaść bez wieści !
Zatacza ręką krąg, wśród drzew słychać krzyk. A ponad nimi ogień rozjaśnia niebo. Zapada cisza.
Noc: I taki koniec zło spotkał. To tylko niewiele z wielu …….
wtorek, 15 lutego 2011
W jednej chwili stałam sie małą dziewczynką, przed którą rozsypano na ogrodowym stole masę słodyczy o cytrynowym smaku. Święto cytryny, cytrynowy festiwal łakoci ! A wszystko to za sprawą Cologne Grand Sicle. Dziewczynka bez zastanowienia rozpakowuje Po tak dużej dawce słodyczy, dziewczynce chce się pić, to naturalne, tym bardziej, że dzień jest wyjatkowo ciepły, zaś stół przy którym ucztowała ustawiony jest na osłonecznionym tarasie. Przed mała iskierką pojawia sie zatem - dosłownie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - dzbanek z lemoniadą. Pływają w niej cząstki cytryny wraz ze skórką i odrobina gorzkiej pomarańcz Dziewczynka pije łapczywie i biegnie roześmiana do ogrodu śpiewając i tańcząc wśród cytrynowych drzewek. Chłonie zapach ich liści i owoców. Rozgniata w swojej drobnej rączce listek cytryny i delektuje sie jego aromatem, który zmieszał sie z ciepłem jej skóry. Ciepły wiatr owiewa jej delikatną twarzyczkę sprawiając jeszcze więcej przyjemności. Jest jak delikatny, ciepły dotyk, a jego cytrynowa woń energetyzuje to małe i tak już rozbrykane stworzenie.
Słońce nadal jest wysoko, dzień radosny, że aż chce się wciąż tylko śpiewać i tańczyć. Nuty: mandarynka, bergamotka, gorzka pomarańcza, grejpfrut, cytryna, zioła, kardamon, ylang ylang, pszenica, drzewa, wetiwer
sobota, 12 lutego 2011
Dotychczas nie spotkałam zapachu, który oddawałby choć w najmniejszym stopniu tą wilgotnogoracą woń, która roztacza się tuz po letnim deszczu.
W Vetiver Extraordinaire, jest wszystko co mogłabym sobie wymarzyć. Moge śmiało zamknąć oczy i wwąchując się w spryskany nim adgarstek , nawet zimą ( tak jak teraz ) poczuć ten niepowtarzalny klimat. Niebo wciąz jest zasłoniete cięzką powłoką ciemnych deszczowych chmur i pojedyńcze promienie słońca z trudem się przez nia przebijają by kłaść sie na trawie i łapiac nieopadłe jeszcze lekkie krople deszczu malować nimi delikatną tęczę.
Jest bardzo ciepło i nagrzana ziemia oddaje nadmiar wilgoci. Czuje jej zapach, który zalotnie romasuje z aromatem mokrej kory drzew ich miazgą, łodygami i liśćmi. lekki wiatr unosi w moim kierunku zapach mchu z pobliskiego lasu. Wszystko to łaczy się w harmonijną, oczyszczajacą całość. Upajam się czystym powietrzem, odświerzajacym oddechem natury. Czuję się jej częścią, częścią drzew, mokrej gleby, mchu. Czuję oczyszczającą energię ziemi. Czyż może być piękniej ?
nuty: nuty głowy: bergamotka, kwiat gorzkiej pomarańczy nuty serca: różowy pieprz, gałka muszkatołowa, nuta świeżego powietrza, haitański wetiwer nuty bazy: drewno sandałowe i cedrowe, mech dębu, mirra, piżmo
piątek, 11 lutego 2011
Ostra drażniąca nuta początkowa przypomina klasyczne wody po goleniu, oparte na nutach cytrusowych i drzewnych ( tutaj cedr ). Brzmi jak pierwsze s Pure Custo Barcelona, to delikatny można by rzec nawet chłopięcy zapach. Mężczyzna pachnący nim będzie nudny. Chłopiec ..... przyjemny. Taki miły, grzeczny, dobrze ułożony młodzieniec, którego człowiek nie boi się wpuścić do domu.
wtorek, 01 lutego 2011
Poznałam go jakieś dwa i pół roku temu dzięki Klaudii ( Sabbath ). Urzekł mnie z początku i wyprosiłam ładnie próbeczkę. Sączyłam ją czas jakiś po kropeleczce, wciąż kalkulując czy podoba mi się na tyle, by sprawić sobie własną flaszkę. Koniec, końców uległam i kilka miesięcy temu w mojej kolekcji zawitała nowa koleżanka – niewielka używka Palisandra. Czemu dotychczas go nie zrecenzowałam, nie potrafię powiedzieć. Być może nie do końca klarownie układał mi się w głowie jego obraz? Być może. I nic w tym dziwnego. Nie jest to bowiem żaden przyjemniaczek. Palisander jest zapachem „innym”, tak jak większość tych, które mi się podobają. Sama jestem „inna” :D
Wraz z cytrusowym początkiem Palisander otwiera przede mną - iście po dżentelmeńsku - drzwi do mieszkania w przedwojennej kamienicy. Tuż za nimi znajduje się obszerny, wygodny salon z kominkiem. Podłogę pokrywają szerokie ciemne deski, lakierowane na wysoki połysk. Podłoga została starannie zapastowana i wyfroterowana. Ściany koloru moreli zawieszone są do granic możliwości, fotografiami w ozdobnych ramach, portretami członków rodziny właścicieli, gobelinami i kinkietami. Główne skrzypce gra oczywiście piękny, tapicerowany wypoczynek w stylu Ludwika XVI, ustawiony centralnie w pokoju. Polerowane ciemne drewno współgra z gobelinowa tapicerką. Sama kanapa, natomiast jest zarzucona poduszkami ubranymi w haftowane powłoczki. Po lewej stronie, tuż przy wejściu do kuchni, stoi masywny, rzeźbiony kredens, podobnie jak podłoga, starannie wypolerowany. W jego wnętrzu kryją się liczne pamiątki rodzinne w postaci porcelanowej zastawy do herbaty, porcelanowy serwis obiadowy i kryształowe kieliszki. Zaraz za nim, stół na 6 osób, przykryty serwetą z gipiurowej koronki, a na niej dwa srebrne kandelabry i wazon pełen sztucznych kwiatów. Wokół stoją krzesła, tapicerowane tą samą co wypoczynek gobelinową tkaniną. Ustawione pod ścianami konsole, zapełnione wszelkiego rodzaju ozdobami, świecznikami, fotografiami, bibelotami. Okna okalają ciężkie zasłony, ułożone starannie w grube fałdy, zwieńczone równie ciężkimi lambrekinami. Zasłonięte gipiurowymi firankami, przepuszczają niewiele światła słonecznego, stwarzając w salonie nieco przytłaczający półmrok. Wszystkie te sprzęty roztaczają wokół siebie zapach drewna i środków do jego pielęgnacji, które mieszają się z wonią nafty pochodzącą z lamp naftowych zamocowanych jako kinkiety.
Mimo iż wszystko tu do siebie pasuje, wnętrze jest zagracone, widać, że właściciele nie mają umiaru. Zwłaszcza jeśli chodzi pokazanie tego na co ich stać. Szkoda tylko, że gust mają nieco prostacki.
czwartek, 27 stycznia 2011
Dawno nie pisałam, to też proszę o wybaczenie, jeśli trochę wyszłam z wprawy.
Dziś chcę opisać zapach, który trafił w moje ręce wcale nie z ojej inicjatywy, nie mniej jednak, cieszę się z tego. Nie jest on może dokładnie tym czego z perfumach szukam, muszę jednak przyznać, że działa na moją wyobraźnię, a to już wystarczający powód by poświęcić mu trochę uwagi.
Touch jest delikatny, świeży i radosny. Niczym wiosenny poranek. Touch to przebudzenie, wdech świeżego powietrza wpuszczonego przez okno do sypialni wczesnym, wiosennym rankiem. Kiedy cała przyroda budzi się przeciągając i szeroko ziewając, kiedy kwiaty tuż po odbyciu rannej toalety w kroplach rosy, otwierają się na przywitanie pierwszych słonecznych promieni . W Touch, pierwsza nuta budzących się konwalii i bzu rosnącego nieopodal przeplata się z wilgotną ziemią co daje naprawdę przyjemny efekt. Touch jest pobudką dla tych, którym trudno jest wyrwać się rankiem z objęć Morfeusza. Pomaga zebrać energię, obudzić się, zwłaszcza nienaturalnie dla niektórych wczesną porą. Łyk Touch może być idealnym początkiem porannego rytuału, jeszcze przed pierwszą kawą, czy czymkolwiek innym.
Niestety, nie mogłam nigdzie znaleźć odpowiedniej ilustracji. Na takiej, byłaby dziewczyna w rozpuszczonymi włosami, sięgającymi dalej niż do pasa. Ubrana byłaby w białą lekko prześwitującą, obszerną - bo sięgającą samych kostek - koszulę nocną z muślinu. Dziewczyna stojąc w otwartym oknie sypialni, przeciąga się ziewając i chłonie ranną rześkość. Tak właśnie odbieram Touch.
piątek, 19 listopada 2010
Mimo, że tego rodzaju zapach nie jest całkiem w moim „stylu” znajduję w nic coś, co jest w stanie mnie do niego przekonać. Posiada tę głębię, dzięki której moja wyobraźnia wędruje w poszukiwaniu skojarzeń. I tak zawędrowałam dzięki niemu do magicznego lasu. Do magicznego drzewa, wewnątrz którego w mieniących się bursztynowym blaskiem, ogrzanych trzaskającym ogniem komnatach mieszkają niezwykłe istoty. Nie nazwałabym ich ani nimfami, ani czarodziejkami, nie do końca nawet oddają charakter driad. Ich ciała lekko połyskują w świetlistej poświacie, kiedy leniwie przeciągają się po drzemce na bursztynowych kanapach wyściełanych ciepłym białym futrem. W tej siedzibie panuje spokój i harmonia. Pełna równowaga. Wokół roznosi się woń palonej żywicy, posmak soli morskiej niesiony wiatrem z pobliskiej plaży, ocieplony drzewem i kwiatami w drewnianych wazonach.
Buteleczka chociaż nie nadzwyczajna, pasuje do zapachu, z wyjątkiem tego, ze zbyt dużo w niej gładkości. Brak pazura i wyraźnych rys, które bardziej adekwatnie oddawałyby charakter zawartości. Zapach nadaje się do noszenia nie tylko przez kobiety. Na męskim ciele zyskuje jeszcze więcej ciepła i głębi. Może wręcz stanowić antidotum na codzienne troski, bo wtulając się w pachnącego nim mężczyznę można zapomnieć o całym świecie i przenieść się do bursztynowego świata pełnego spokoju i błogości.
Nuty kardamon, bergamotka, mandarynka, irys, piwonia, herbata, cedr wirginijski, szałwia i bursztyn
wtorek, 22 czerwca 2010
Jest wczesny ranek,, budzi mnie warkot ciężarówki dowożącej pieczywo do sklepu. Jest jeszcze za wcześnie, żeby wstawać. Słońce dopiero wynurza się leniwie za horyzontem ale jego promienie są już na tyle silne, że czuć zbliżający się upalny dzień. Wychodzę na taras by lepiej widzieć tę wspaniałą iluminację. Czuję zapach wilgotnej ziemi po nocy, radosnej zieleni drzew pomarańczowych, cyprysów i jałowców rosnących wokół oraz intensywnie pachnacego o poranku jaśminu. Niemal czuję w ustach smak słonej morskiej wody. Promyki słońca odbijają się w falującej powierzchni, tworząc iluzję milionów małych błyszczących szmaragdów tym samym upiększając i tak już zapierający dech w piesiach kolor śródziemnomorskich wód. Trochę mnie zmorzyło to poranne rozleniwienie, kładę się więc na hamaku, żeby z zamkniętymi oczyma wsłuchiwać się w szum fal i delektować zapachem lenistwa, świeżości i relaksu. Zasypiam …… .
czwartek, 29 kwietnia 2010
Większość osób, które znają Gris Clair widzi pola lawendy. I w sumie racja. Mnie jednak ten zapach przypomina zupełnie co innego z racji dziecięcych sentymentów i ciężko mi te lawendę zobaczyć.
Przypomina mi się szkoła podstawowa i nie wiedziec czemu, na samo jej wspomnienie widzę oczami wyobraźni klasę matematyczną. Może dlatego, że z matematyką zawsze miałam problemy, a takie rzeczy zapadają w pamięć. Nosząc Gros Clair, wracam pamięcią do rzeczonej sali, siedzę spokojnie w ławce obok kolegi, z którym zawsze ją dzieliłam na matematyce. Na biurku leży obok zeszytów i książek piórnik. W tym piórniku, równo poukładane spoczywają kolorowe długopisy, pachnące długopisy. To właśnie ten zapach, inhalowalam sie nim od dzieciństwa i nigdy go nie zapomnę. Nie mogłam oderwać nosa od piórnika, uwielbiałam nimi pisać. I teraz, kiedy czuję GC, wracam do tamtych czasów, kiedy jako beztroskie dziecko, nie miałam świadomości, że życie może nieść o wiele więcej. Więcej problemów niż wspomniane lekcje matematyki, ale i więcej radości niż wniuchiwanie się w piórnik. Bardzo miło jest miec taki "wspomagacz" do powracania w okres dzieciństwa.
wtorek, 27 kwietnia 2010
Patchouli 24 Le Labo, to rzeczywiście wypisz wymaluj smolarnia. Taka prawdziwa z przed wielu lat, kiedy dziegdź pozyskiwano naturalnie za pomocą suchej destylacji kory brzozowej. Tak jest n
Jednak, po jakimś czasie smolarnia rozmywa się w obłoku delikatnego dymku, a na jej miejsce z nienacka pojawia się wielki dzban suszonych śliwek.
Po dolaniu wody i dosłodzeniu go bulgocze sobie spokojnie słodki kompot. Kompot ten jest gęsty i intensywny, równie gęsty co smolista maź, która była tutaj tuż przed nim. Pachnie jednak tak apetycznie, że z chęcią wypiłoby się go do ostatniej kropelki. I chyba tak się właśnie dzieje, bo kompotu wciąż ubywa.
I tak z czasem, zapach staje się mniej intensywny, jak by ktoś dolał więcej wody, żeby uzupełnić brak. Ale, ani zapach, ani smak kompotu wcale na tym nie tracą. Po prostu łagodnieją …. I tak to trwa i trwa ….
piątek, 23 kwietnia 2010
Raz już pisałam o tym zapachu, lecz odrobinę zmieniło się moje jego postrzeganie, a poza tym potraktowałam go troszkę po macoszemu i postanowiłam to naprawić, bo Genie des bois, to fiołkowo drzewny , magiczny zapach. To leśny duszek, który opowiada o tym jak witają wiosnę w swoich progach leśne i nie koniecznie realne stworzenia. Tańczą nad polaną świetliki, a fauny, wróżki, elfy,duszki leśne, nimfy i leśne zwierzęta, rozgadane, rozśpiewane i roztańczone zebrały się gromadnie. Jeden z faunów przysiadł na omszałym kamieniu, gra delikatnie na harfie, łagodnie głaszcząc struny. Przy tym akompaniamencie śpiewają nimfy słodką piosenkę o nadchodzącej wiośnie, o lecie, o słońcu, wietrze, kwiatach i o drzewach. Leśne duszki w koronach drzew śmieją się wesoło, śpiewajac razem z nimi.Tańczą przy tym elfy leśne, ledwo muskajac stopami dwyan z młodziutkiej, dopiero co wyrośniętej trawy, którą zdobią liczne fiołki.
Małe fiołeczki radują swoim zapachem, który łaczy się naturalnie z wonią drzew, wilgotnej jeszcze po zimie ziemi i mchu porastającego pnie. Nad nimi tańczą w powietrzu maleńkie motyle wróżki, niektóre mają skrzydełka jak ważki, jednak połyskujace tęczowo niczym bańka mydlana, inne maja skrzydełka motyle, z tą różnicą, że bardziej kolorowe i radosne niczym tęcza. Za wrózkami sypia się drobinki świetlistego pyłu, prusząc głowy pozostałych uczestników tego radosnego zgromadzenia.
To magicza i radosna noc. To właśnie Genie des Bois.
poniedziałek, 19 kwietnia 2010
W tę oto noc, na werońskim cmentarzu Usiadł Romeo, ze świecą na lichtarzu Przy Julii, która w Jego mniemaniu Była już w błogiej śmierci władaniu
I z wielkiej rozpaczy, targnął się na życie Nie sprawdziwszy pierwej prawdziwej idei A kiedy fiolkę trucizny przechylił Jej śmierci i swojej, nieświadom się przyczynił.
L’Oiseau de Nuit, w pierwszych swoich brzmieniach, przypomina mi scenę w krypcie Capulettich, kiedy Romeo widząc pogrążoną w letargu ukochaną, popełnia samobójstwo. Czuję ten specyficzny zapach wilgotnej ziemi i strych kamieni, przysłonięty wonią kwiatów davany i jaśminu ( chociaż w składzie go nie ma ). Posmak słodkiej skóry młodej dziewczyny, kładzie się na ustach całującego ją małżonka. W jakiś sposób, odwzorowuje w mojej wyobraźni niemy krzyk rozpaczy i determinacji, która prowadzi go do podjęcia zgubnej i nieodwracalnej decyzji, mającej tak boleśnie brzemienne dla obu rodów skutki. Połączenie miłości i śmierci, dramatyczny koniec.
A w dali śpiew brzęczki ……….
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Dawno nic nie napisałam. I narazie nie zanosi się na to bym coś napisała.
Zapachy zeszły chwilowo na dalszy plan, na pierwszym planie jest cierpienie, bezsensowne i bezpodstawne. Czekam. może przejdzie.
pozdrawiam wszystkich. Fav.
czwartek, 02 lipca 2009
Był pomysł , na nazwę. I to wszytsko! "shiloh" znaczy "jego dar", zdecydowanie bardziej pasowała by nazwa "mapach nefesz" czyli "gorzkie rozczarowanie". Przynajmniej była by ostrzeżeniem dla naiwniaków takich jak ja. Shiloh to naprawdę olbrzymie rozczarowanie.
wtorek, 30 czerwca 2009
"Aqua Reginae Hungaricae"
Królowa to, czy Król ? A może metroseksualny "Delikates" ?
Cardinal jest przepięknym czystym kadizidłem. Jego zapach porusza moją wyobraźnie i uczucia. Czując go ,w myślach otwieram pudełeczko z żywicznymi drobinkami, żeby umieścić je w domowej kadzielnicy. Ze skupieniem wsypuję do niej odpowiednią ilość kolorowych kamyczków i rozgrzewam węgle. Czuję pierwsze smugi dymu i zaczynam spacer po "włościach". Każdy pokój, kuchnia, wszystkie pomieszczenia wypełniam dokładnie kadzidalnym dymem.
" Kiedyś za to zapłacą, będą żałowac okrutnie. Mimo, że umieram za nich, za ich grzechy. Kiedys poczują nieznośną, niemożliwą do wytrzymania pustkę, i to będzie ich pokuta"
poniedziałek, 15 czerwca 2009
Il n'y a pas de fumée sans feu, même, l'exception confirme la regle.
poniedziałek, 25 maja 2009
Powiastka o próżni, czystej kartce i wnętrzu drewnianego fletu.
Pewnego razu, w nie tak dawnych czasach, nie za wieloma górami i nie za wieloma rzekami. Gdzieś w pobliżu nas wszystkich, poza przestrzenią jako taką i pełnym wymiarem, żyła sobie Zwiedzajka. Nadszedł dzień, w którym postanowiła wybrać się w podróż nie byle jaką, ani taką ani siaką. Powiedzmy bez celu, jednak cel miała. Pierwszą z odwiedzanych krain była Kartka Czerpanego Papieru, miękka, chropowata, pełna zagnieceń tu i ówdzie. Zwiedzajka wędrowała wytrwale, wzdłóż, wszeż i w głąb. Przyglądała się każdemu zakamarkowi,każdej małej zagniotce, każdemu lejowi. Jakże fascynujące okazało się studiowanie geografii Kartki. Jakże pełne doznań zapachowych i wizualnych,. Zwiedzajka miała już w głowie plan zamieszkanai w tej okolicy, kiedy nagle coś drgnęło, zatrzęsło. Zaczęło się trzęsienie Kartki. Gdzieś musiały zetknąć się płyty, albo jakaś siła wyższa, w którą Zwiedzajka, nota bene nie wierzyła potrząsnęła Kartką i zrzuciła naszą wędrowniczkę wprost do krainy zwanej Szklaną Fiolką, pustej, puściusieńkiej, zupełnie jałowej.
![]()
Tutaj Zwiedzajka mogła rozkoszować się gładkością, chłodem szklanego dna, chodziła na spacery wokół, wynajdując poszczególne skazy w szklanej ścianie, nie było tu nic oprócz Niej. Nic nie miało tutaj szansy przetrwania A miejsce ? No cóż, nie nadawało się w żaden sposób do zamieszkania. Ale jak się stąd wydostać, jak uciec. Niebo tak daleko, tak odległe się stało. I bach, coś przewróciło Fiolkę, może to owo trzęsienie Kartki przemieściło się na kolejne krainy, a moze znów zadziałała siła wyższa, w którą przecież Zwiedzajka nie wierzyła. Całe długie godziny zajęło Zwiedzajce wyjście z fiolki, nie dość, że odległość była daleka, to jeszcze podłoże nieprzyjemne, śliskie, nieprzyczepne zupełnie, no i nierówne przecież. Ale udało się. Wydostała się na zewnątrz. Rozjeżała się wokłół i ruszyła znów w podróż.
czwartek, 21 maja 2009
Kiedy słońce chyliło się leniwie ku zachodowi, ale powietrze było jeszcze gorące, Dzongkha postanowiła wyjść na spacer, żeby zrelaksować się i ochłonąć po ciężkim dniu pracy. Wyszła na pobliską łakę, która utworzyła się w iejscu dawnych nieuzytków. Cicho i łagodnie stapała po trawie, bacznie obserwując co się w niej kryje. Tu i ówdzie usiadł motyl, czasem pobrzękiwała mucha, czy pszczoła. Było tak cicho, spokojnie. Ostre słońce raziło beleśnie w oczy, powietrze było suche. Od czasu do czasu pękała jej pod stopa sucha gałązka. Dzongkha zbierała wysuszone kwiaty polne, są tak intrygujące, takie piekne, a jednocześnie smutne, martwe a jednak wciąż trwają w swoim miejscu, jednak wciąż trzymają je korzenie.
Siedziała tak z zamknietymy oczami, aż do zachodu słońca. Potem obserwowała czerwono-pomarańczową illuminację na skraju widnokregu. A kiedy wszystko się skończyło, poszła do domu niosa ze sobą pachnące pieprzem suche polne kwiaty ...........
wtorek, 19 maja 2009
Do tej recenzji zabierałam się dobrych kilka miesięcy. I nic z tego nie wychodziło, tak już mam, że najtrudniej pisać mi o tych zapachach, które robią na mnie największe wrażenie. Długo myślałam z czym kojarzy mi się Black Tourmaline. Miałam w głowie wiele obrazów, widoków, miejsc, żeden jednak nie był wystarczający, żeden nie był doskonałym odzwierciedleniem, tego jakże charakternego, zdecydowanego zapachu. Ostatnio, kiedy nałożyłam kroplę Turmalinu przed snem, położyłam się i zamknęłam w ciemnościach oczy, znalazłam się u wejścia jaskinii. Jej kamienne ściany były wilgotne, miejscami z czarnego jak smoła minerału ze szczelin płynie krystalicznie czysta woda. Te małe podziemne źródełka łacząc się w jeden, tworzyły spory strumień, który biegł ku rozległej podziemnej rzece stając się jej częścią. Ściany były wilgotne, czułam chłód .
![]()
Wsiadłam do małej drewnianej łódeczki i powoli, wiosłując, płynęłam wzdłóż jej koryta. Woda była tak czarna, tak przerażajaca. Bałam się, cóz też może się tam kryć, jakie stworzenia w niej mieszkanją, co mi może zagrażać. Sklepienie, całe pokryte czarnymi stalatytami, połyskiwało mrocznie i przydawało atmosferze jeszcze więcej mroku. Musiałam wreszcie zacząć przychylać głowę bo zbliżało sie do niej niebezpiecznie tym bardziej im głębiej płynęłam. Aż wreszcie udało mi się dotrzeć do małego rozlewiska, nieopisana była moja radość kiedy zobaczyłam światełko w tunelu i promienie słońca oświetlajace powierzchnię wody. Wokół rozlewiska były skalne ściany pokryte roślinnością a sklepienie stanowiło bezchmurne, pełne słońca,czyste niebo. Promienie słoneczne tak mocno nagrzały czarny kamień, że mocno parzył przy dotknięciu. Ale kiedy zobaczyłam, że woda w rzece jest czysta jak kryształ, że widać każdy najdrobniejszy kamyczek na dnie rozlewiska - mogłam śmiało wyjść z łodki.
Woda okazała się być przyjemnie chłoda i czysta. Było dość płytko, sięgała mi zaledwie do pasa. Wcześniejsze obawy i strach prysnęły jak bańka mydlana. Czułam się zrelaksowana i odprężona. Zwłaszcza, że wokół roznosił się wspaniały zapach nagrzanych słońcem kamieni i chłodu powiewającego z wilgotnej jaskinii. Wspaniałe miejsce. Wracając, ciągnęłam łódkę za sobą i szłam wolno brodząc w wodzie, której tak się wczesniej obawiałam. Jak mogłam się bać, tej czystej, chłodnej wody?
Chcę tam wrócić, chcę wracać tam, ilekroć będę potrzebowała odpoczynku od coodzienności, trudów życia i beznadziei jaka mnie czasami ogarnia. To moje miejsce medytacji - szkoda, że go nie znam, dobrze, że jest Tourmaline.
poniedziałek, 04 maja 2009
Nuty głowy: ziarna kopru Kiedy wącham Bois Farine, oczyma wyobraźni widzę odzianą w lekka tunikę czarną kobietę z czerwoną chustką na głowie. Siedzi okrakiem na pieńku pod drzewem i cedrowym tłuczkiem ugniata w misie z sandałowego drewna, trzymając ją między nogami, nasiona kopru, na gładką mączkę. Wokół panuje duchota i jest parno. Zanosi się na deszcz, może nawet burzę. Wilgoć wisi w powietrzu, chmury zasłaniające słońce są nisko, kłębią się groźnie. Kiedy spadną pierwsze krople deszczu, mąka będzie już gotowa, będzie można ją dodać do mąki pszennej i innych składników i wypiekać płaskie koprowe chlebki. Na razie jednak, nasiona nie są jeszcze wystarczająco rozgniecione, zostawiają na misie wilgotne oleiste ślady. Wokół unosi się aromat oleju z nich wyciśniętego pod wpływem cedrowego tłuczka.
![]()
czwartek, 23 kwietnia 2009
Nuta głowy: mech, cedr, wetiver, balsam Pervian
Wrażenie pierwsze Jestem soczystą, dojrzałą pomarańczą. Skąpaną w promieniach złotego słońca. Rosną na jednym z drzew w pomarańczowym sadzie na południowym wybrzeżu Sycylii. Moja porowata, mięsista skórka nasiąka słonym morskim powietrzem i nagrzewa się. Słodki sok gotuje się ze zniecierpliwienia.
Wrażenie drugie Jestem pomarańczowym sokiem ze słodkiej sycylijskiej pomarańczy, dobrze schłodzonym, podanym w wysokiej szklance z plasterkiem koleżanki cytryny.
Wrażenie trzecie Jestem ociekającą cukrem kandyzowaną skórką pomarańczową, z której wyciśnięto ów sok. Jestem przysmakiem, delicją.
Wrażenie czwarte Eau des Merveilles jest złote, lśni, mieni się blaskiem niczym klejnot w słońcu. Jest jak dojrzała pomarańcza, jak pierwszorzędny sok z miąższem, jak kandyzowana skórka. Eau des Merveilles to cudowna woda, która potrafi przenieść w czasie i w przestrzeni, sprawić by zawsze było gorące lato na południowym krańcu Europy, sprawia, że czuje się słoność morskiego powietrza nagrzanego słonecznymi promieniami. Sprawia, że widzę wprost te ciągnące się kilometrami drzewa sadów pomarańczowych uginające się od soczystych dojrzałych owoców, widzę palmy, lasy bananowców. Czuje niemal południowy klimat i nastrój rozleniwienia.
Cóż, chyba czas na sjestę :D | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||