Zapachowa magia
favkes@gmail.com
Kategorie: Wszystkie | Niusy | Prywatnie | Recenzje
RSS
środa, 07 marca 2012

Już. Skończone. Podłoga błyszczy, w glazurze można się przeglądać. Właśnie wyszłam z kąpieli, odprężona i zadowolona ze swojego dzieła. Dom tchnie czystością, jest świeży, pachnący. Czyściusieńkie, wykrochmalone zasłony wiszą wokół okien, leciutkie jak piórko firaneczki powiewają poruszane lekkim podmuchem wiatru z za uchylonego okna. Miękkie, szydełkowe poduszki zachęcają do odpoczynku na kanapie. Jeszcze chwila przy pachnącej świecy, jeszcze tylko lekka ziołowa herbatka przed telewizorem i za chwile wskoczę pod kołdrę powleczoną w świeżo wykrochmaloną powłoczkę, wyprasowaną z użyciem kwiatowej wody do prasowania i wywietrzoną na lekkim jeszcze wczesnowiosennym ( lub późnozimowym – wolę to pierwsze ;) ) mroźnawym słonku, wtulę twarz w poduszkę i będę się inhalować wonią czystości.

 

Skończone przedwiosenne porządki, dom budzi się po zimowym śnie, ściany zaczynają żyć, oddychać, promieniować wiosennym blaskiem – mój radosny, świetlisty dom. Odprężenie …..

 

Tak odbieram Iperborea – L.Villoresiego , w zasadzie nic dziwnego, bo pierwsze wyczuwalne nuty tchną właśnie wiosną:

Nuty głowy: konwalia, fiołek alpejski, nuty zielone, pomarańcza, mandarynka, brzoskwinia
Nuty serca: białe letnie kwiaty, magnolia, mimoza, konwalia
Nuty bazy: jaśmin, kwiat pomarańczy, piżmo, aromatyczne drzewa

 

Potem robi się cieplej, tak samo jak z tą pościelą. Na początku pachnie świeżością, potem nabiera ciepła od naszego ciała, ociepla się tworząc przyjemną puchową pierzynkę – idealną na chłodne przecież jeszcze marcowe wieczory. Mój dom oddaje jeszcze zapach nagrzanego drewna, czuję woń żywicy w mocno słoneczne dni, zwłaszcza w okresie przełomu zimowo-wiosennego. Dlatego tez Iperborea to dla mnie uosobienie tego okresu oczekiwania, tęsknoty za ciepłem, słońcem, które jest przecież tuż tuz, za chwileczkę za momencik. Otwieram się na nowe ….. zobaczymy co wiatr przyniesie.

 

Nawiązując do folozofii tego zapachu, mój dom właśnie jest dla mnie tą świetlista krainą, tą ostoją spokoju i harmonii. W nim, mogę być jedną „ z istot, z oczami utkwionymi w gwiazdach, z duszą zatopioną w morzu”, której „domem są drzewa i wodne lasy, daleko od ziemi, otoczonych falami oceanu. „.

Mogę cieszyć się słońcem i poranną rosą, która kładzie się rankiem na podwórkowej trawie, a teraz jeszcze mroźnie skrzy drobinkami lodu.



czwartek, 16 lutego 2012

 

 

nuta głowy: włoska zielona mandarynka, grejpfrut z Florydy, paragwajski petitgrain

nuta serca: liście goździków, cynamon ze Sri Lanki, egipskie geranium, kwiat pomarańczy

nuta głębi: benzoin, wenezuelska tonka, indonezyjskie paczuli

Początek mocno uderza do głowy, świdrując ostrym cytrusowo-chemicznym aromatem. Przerażająca w tej sytuacji staje się informacja producenta, że zapach jest wyjątków trwały. Pozostaje nadzieja, że to tylko przechwałki lub ( co mniej prawdopodobne ) zapach ociepli się i złagodnieje, zacznie przypominać coś innego niż woń środka czyszczącego w gospodarstwie domowym.

Z wolna klaruje się wizja zmysłowej pokojówki w minispódniczce i mikroskopijnym fartuszku pląsającej po domu z wilgotnymi chusteczkami do kurzu o cytrynowym zapachu.  Czekam na ciąg dalszy. I jest. Pokojówka skończyła z kurzem! Zabrała się za podłogę, o nie, nie tańczy z mopem. Klasycznie jedzie na szmacie. Wszędzie czuć pastę do drewna, a pokojóweczka śmiało wypina tyłeczek, gładząc drewnianą podłogę szmatką z środkiem do pielęgnacji drewna. Podłoga lśni. Dom nabiera blasku.

Panom taka wizja spodobać się powinna. Mnie, niekoniecznie.

 

czwartek, 12 maja 2011

Shalimar to ikona, zapach stworzony w 1925 roku , symbol rozpaczy po stracie miłości życia.

Historia, którą opowiada powoduje ( przynajmniej w moim odczuciu ) respekt i dystans do samego zapachu w trakcie jego recenzowania. Nie ukrywam, że bałam się w ogóle zabrać do napisania czegokolwiek na jego temat. Uważając, że moja skromna osoba nie jest godna oceniania tego zapachu. Ale …. Czemu mam się bać, skoro go uwielbiam. Tylko jak to swoje uwielbienie przenieść tutaj, jak ująć je w słowa, skoro nie ma takich , które oddały by moje wrażenia kiedy go noszę.

Shalimar jest jak jedwabna chusta księżniczki z dalekiego, egzotycznego kraju., wyszywana szlachetnymi kamieniami. Przesiąknięta zapachem drewna, kadzidła, kwiatów i owoców, który w połączeniu z zapachem skóry niesie ze sobą światło, słońce i wiatr. Otulona tą drogocenną chustą czuję się jedyna w swoim rodzaju, czuję jej miękkość i ciepło a zarazem majestatyczną siłę. Shalimar jest jednym z cudów świata perfumiarstwa, zbyt doskonałym by opisać go słowami.

 

 

Nuty zapachowe:
nuta głowy: cytryna, bergamotka, cedr, mandarynka
nuta serca: jaśmin, róża, żywica opopanax, bób tonka, wanilia, paczula
nuta bazy: irys, kadzidło, balsam peru, skóra.



środa, 23 lutego 2011


Zapach bezsprzeczenie przywodzi na myśl coś tajemniczego, mrocznego, okrytego ciemnością wilgocią, osnutego kadzidłem . Sabat czarownic  w środku mrocznego lasu. To jest to co przyszło  mi jako pierwsze skojarzenie do głowy.

Ciemna noc, polana, trzy wiedźmy tańczą wkoło ogniska. Odziane jedynie w suknie długie, kostek sięgające, przystrojone dzwonkami.

 

Śpiewają chórem :

 

O nocy złowroga

Która echem niesiesz

Natury pomrukiwania

 

O nocy deszczowa,

Która deszczem płaczesz

Nad naszym potępieniem

 

Zamilknij!

Zamilcz!

 

Posłuchaj!

 

Czarownic twych chór Cię woła

Przybądź z pomocą

Przybądź i wzmocnij

Wiedźmy moc

I ducha ...

 

Czarownica pierwsza:

 

O nocy nieskromna

Ty odkryj przede mną

Te tajemnice, o które

człowiek się boi nawet zapytać ...

 

Śpiewają chórem :

 

O nocy złowroga

Która echem niesiesz

Natury pomrukiwania

 

O nocy deszczowa,

Która deszczem płaczesz

Nad naszym potępieniem

 

Zamilknij!

Zamilcz!

 

Posłuchaj!

Czarownic twych chór Cię woła

Przybądź z pomocą

Przybądź i wzmocnij

Wiedźmy moc

I ducha ...

 

Czarownica druga:

 

O nocy nieprzenikniona

Spraw by widziała

Spraw bym słyszała

Tego co nikt nie widzi ani nie słyszy ...

 

Śpiewają chórem :

 

O nocy złowroga

Która echem niesiesz

Natury pomrukiwania

 

O nocy deszczowa,

Która deszczem płaczesz

Nad naszym potępieniem

 

Zamilknij!

Zamilcz!

 

Posłuchaj!

 

Czarownic twych chór Cię woła

Przybądź z pomocą

Przybądź i wzmocnij

Wiedźmy moc

I ducha ...

 

Czarownica trzecia:

 

O nocy władcza

Obdarz mnie głosem

Niech umysł ludzki usłyszy

Chodź słów nie wypowiem ...

 

Śpiewają chórem :

 

O nocy złowroga

Która echem niesiesz

Natury pomrukiwania

 

O nocy deszczowa,

Która deszczem płaczesz

Nad naszym potępieniem

 

Zamilknij!

Zamilcz!

 

Posłuchaj!

 

Czarownic twych chór Cię woła

Przybądź z pomocą

Przybądź i wzmocnij

Wiedźmy moc

I ducha ...

 

Dosypują kadzidła do ognia, płomienie buchają wysoko i gasną całkiem.

Słychać krzyki, przerażenie. Czarownice uciekają do lasu. Polana zostaje pusta.

Wchodzi na nią postać w suknie z czarnego materiału prztykanego srebrnymi nitkami. Głowa i twarz okryte czarnym woalem.

 

Noc:

 

O Wy bezczelne

O Wy złe

Wiedźmy pospolite

Jak śmiecie moc nocy wzywać

Na swoje użycie

 

Noc jest odpoczynku okryciem

Noc, łożem świadomości

 

Śpijcie

Śnijcie

 

Nie wadźcie nikomu

Nie knujcie przeciw ludzkości.

 

Czarownice zza drzew śpiewają chórem:

 

O My nieuczciwe

Złe do szpiku kości

 

Nie mamy w Tobie sprzymierzeńca

Szukać nam dalej

Szukać i  knuć znaleźć innego odmieńca

 

Odejdź stąd, odejdź! Precz, precz!

 

Noc:

Zginąć wam zatem

Przepaść bez wieści !

 

Zatacza ręką krąg, wśród drzew słychać krzyk. A ponad nimi ogień rozjaśnia niebo. Zapada cisza.

 

Noc:

I taki koniec zło spotkał.

To tylko niewiele z wielu …….

 

 

 

wtorek, 15 lutego 2011

W jednej chwili stałam sie małą dziewczynką, przed którą rozsypano na ogrodowym stole masę słodyczy o cytrynowym smaku. Święto cytryny, cytrynowy festiwal łakoci !

A wszystko to za sprawą Cologne Grand Sicle.

Dziewczynka bez zastanowienia rozpakowuje pierwszego cukierka i wpycha do buzi, czuje z początku smak twardej skorupki cytrynowego  nim2,kiedy zaś ją rozgryza , ze środka wycieka gęsty syrop o instensywnym smaku. Potem spokojnie czeka aż rozpuści sie owa twarda landrynkowa skorupka. I tak , jeden po drugim cukierki znikają, sprawiając swoim smakiem tyle przyjemności tej małej istotce z zielonymi, roziskrzonymi jak dwa diabełk i oczyma. Po cukierkach przyszła kolej na cytrynowa mambę. Kostki znikają jedna po drugiej w takiem tempie jak tylko dziecko zjadac je potrafi. Mamba jest delikatniejsza w smaku, aromat zdecydowanie bardziej spokojny, stonowany, jednak dłużej rozpuszcza się w ustach, dzięki czemu przyjemność  trwa dłużej. A po niej pozostaje delikatny cytrusowy posmak.

Po tak dużej dawce słodyczy, dziewczynce chce się pić, to naturalne, tym bardziej, że dzień jest wyjatkowo ciepły, zaś stół przy którym ucztowała ustawiony jest na osłonecznionym tarasie. Przed mała iskierką pojawia sie zatem - dosłownie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - dzbanek z lemoniadą. Pływają w niej cząstki cytryny wraz ze skórką i odrobina gorzkiej pomarańczy. Całość przyprawiona jest listkami mięty i schłodzona kostkami lodu.

Dziewczynka pije łapczywie i biegnie roześmiana do ogrodu śpiewając i tańcząc wśród cytrynowych drzewek. Chłonie zapach ich liści i owoców. Rozgniata w swojej drobnej rączce listek cytryny i delektuje sie jego aromatem, który zmieszał sie z ciepłem jej skóry. Ciepły wiatr owiewa jej delikatną twarzyczkę sprawiając jeszcze więcej przyjemności. Jest jak delikatny, ciepły dotyk, a jego cytrynowa woń energetyzuje to małe i tak już rozbrykane stworzenie.

Słońce nadal jest wysoko, dzień radosny, że aż chce się wciąż tylko śpiewać i tańczyć.

Nuty: mandarynka, bergamotka, gorzka pomarańcza, grejpfrut, cytryna, zioła, kardamon, ylang ylang, pszenica, drzewa, wetiwer


sobota, 12 lutego 2011

Dotychczas nie spotkałam zapachu, który oddawałby choć w najmniejszym stopniu tą wilgotnogoracą woń, która roztacza się tuz po letnim deszczu.


 

W Vetiver Extraordinaire, jest wszystko co mogłabym sobie wymarzyć. Moge śmiało zamknąć oczy i wwąchując się w spryskany nim adgarstek , nawet zimą ( tak jak teraz ) poczuć ten niepowtarzalny klimat. Niebo wciąz jest zasłoniete cięzką powłoką ciemnych deszczowych chmur i pojedyńcze promienie słońca z trudem się przez nia przebijają by kłaść sie na trawie i łapiac nieopadłe jeszcze lekkie krople deszczu malować nimi delikatną tęczę.


 

Jest bardzo ciepło i nagrzana ziemia oddaje nadmiar wilgoci. Czuje jej zapach, który zalotnie romasuje z aromatem mokrej kory drzew ich miazgą, łodygami i liśćmi. lekki wiatr unosi w moim kierunku zapach mchu z pobliskiego lasu. Wszystko to łaczy się w harmonijną, oczyszczajacą całość. Upajam się czystym powietrzem, odświerzajacym oddechem natury. Czuję się jej częścią, częścią drzew, mokrej gleby, mchu. Czuję oczyszczającą energię ziemi.


Czyż może być piękniej ?

 

nuty:

nuty głowy: bergamotka, kwiat gorzkiej pomarańczy

nuty serca: różowy pieprz, gałka muszkatołowa, nuta świeżego powietrza, haitański wetiwer

nuty bazy: drewno sandałowe i cedrowe, mech dębu, mirra, piżmo

piątek, 11 lutego 2011

Ostra drażniąca nuta początkowa przypomina klasyczne wody po goleniu, oparte na nutach cytrusowych i drzewnych ( tutaj cedr ). Brzmi jak pierwsze szarpnięcia gitary elektrycznej rozpoczynające energiczną, długą "solówkę", kiedy brzmienie delikatnieje, nuianse się wygładzają i skóra wyłania z niej  ciepłe, słodkawe akordy, miękkie basowe pomrukiwanie tuż przed wejściem wokalu, który śpiewa przyjemnym barytonem. I można by przypuszczać, że będzie to naprawdę ciekawy utwór, taki z "jajem" - nic bardziej mylnego. Piosenka traktuje o słońcu w ciepły upalny dzień, opisuje szarość betonowego podwórka, zapach nagrzanej wody w blaszanej balii, który miesza się z wonią kwiatów z pobliskiego ogrodu.  Autor opisuje zapach wilgotnej ziemi, tej tuż przy korzeniach trawy. Opisuje dzień lenistwa, odpoczynku, spokoju. Taki bez żadnych naglących spraw. Tylko trawa, koc i on. Nic więcej, nic mniej.

Pure Custo Barcelona, to delikatny można by rzec nawet chłopięcy zapach. Mężczyzna pachnący nim będzie nudny. Chłopiec ..... przyjemny. Taki miły, grzeczny, dobrze ułożony młodzieniec, którego człowiek nie boi się wpuścić do domu.

 

wtorek, 01 lutego 2011

Poznałam go jakieś dwa i pół roku temu dzięki Klaudii ( Sabbath ). Urzekł mnie z początku i wyprosiłam ładnie próbeczkę. Sączyłam ją czas jakiś po  kropeleczce, wciąż kalkulując czy podoba mi się na tyle, by sprawić sobie własną flaszkę. Koniec, końców uległam i kilka miesięcy temu w mojej kolekcji zawitała nowa koleżanka – niewielka używka Palisandra.

Czemu dotychczas go nie zrecenzowałam, nie potrafię powiedzieć. Być może nie do końca klarownie układał mi się w głowie jego obraz? Być może. I nic w tym dziwnego. Nie jest to bowiem żaden przyjemniaczek. Palisander jest zapachem „innym”, tak jak większość tych, które mi się podobają. Sama jestem „inna” :D

 

Wraz z cytrusowym początkiem Palisander otwiera przede mną - iście po dżentelmeńsku - drzwi do mieszkania w przedwojennej kamienicy. Tuż za nimi znajduje się obszerny, wygodny salon z kominkiem. Podłogę pokrywają szerokie ciemne deski, lakierowane na wysoki połysk. Podłoga została starannie zapastowana i wyfroterowana. Ściany koloru moreli zawieszone są do granic możliwości, fotografiami w ozdobnych ramach, portretami członków rodziny właścicieli, gobelinami i kinkietami. Główne skrzypce gra oczywiście piękny, tapicerowany wypoczynek w stylu Ludwika XVI, ustawiony centralnie w pokoju. Polerowane ciemne drewno współgra z gobelinowa tapicerką. Sama kanapa, natomiast jest zarzucona poduszkami ubranymi w haftowane powłoczki. Po lewej stronie, tuż przy wejściu do kuchni, stoi masywny, rzeźbiony kredens, podobnie jak podłoga, starannie wypolerowany. W jego wnętrzu kryją się liczne pamiątki rodzinne w postaci porcelanowej zastawy do herbaty, porcelanowy serwis obiadowy i kryształowe kieliszki. Zaraz za nim, stół na 6 osób, przykryty serwetą z gipiurowej koronki, a na niej dwa srebrne kandelabry i wazon pełen sztucznych kwiatów. Wokół stoją krzesła, tapicerowane tą samą co wypoczynek gobelinową tkaniną.  Ustawione pod ścianami konsole, zapełnione wszelkiego rodzaju ozdobami, świecznikami, fotografiami, bibelotami. Okna okalają ciężkie zasłony, ułożone starannie w grube fałdy, zwieńczone równie ciężkimi lambrekinami. Zasłonięte gipiurowymi firankami, przepuszczają niewiele światła słonecznego, stwarzając w salonie nieco przytłaczający półmrok.

Wszystkie te sprzęty roztaczają wokół siebie zapach drewna i środków do jego pielęgnacji, które mieszają się z wonią nafty pochodzącą z lamp naftowych zamocowanych jako kinkiety.

 

Mimo iż wszystko tu do siebie pasuje, wnętrze jest zagracone, widać, że właściciele nie mają umiaru. Zwłaszcza jeśli chodzi pokazanie tego na co ich stać. Szkoda tylko, że gust mają nieco prostacki.

czwartek, 27 stycznia 2011

Dawno nie pisałam, to też proszę o wybaczenie, jeśli trochę wyszłam z wprawy.

 

Dziś chcę opisać zapach, który trafił w moje ręce wcale nie z ojej inicjatywy, nie mniej jednak, cieszę się z tego. Nie jest on może dokładnie tym czego z perfumach szukam, muszę jednak przyznać, że działa na moją wyobraźnię, a to już wystarczający powód by poświęcić mu trochę uwagi.

 

Touch jest delikatny, świeży i radosny. Niczym wiosenny poranek. Touch to przebudzenie, wdech świeżego powietrza wpuszczonego przez okno do sypialni wczesnym, wiosennym rankiem. Kiedy cała przyroda budzi się przeciągając i szeroko ziewając, kiedy kwiaty tuż po odbyciu rannej toalety w kroplach rosy, otwierają się na przywitanie pierwszych słonecznych promieni .  W Touch, pierwsza nuta budzących się konwalii i bzu rosnącego nieopodal przeplata się z wilgotną ziemią co daje naprawdę przyjemny efekt.

Touch jest pobudką dla tych, którym trudno jest wyrwać się rankiem z objęć Morfeusza. Pomaga zebrać energię, obudzić się, zwłaszcza nienaturalnie dla niektórych wczesną porą.

Łyk Touch może być idealnym początkiem porannego rytuału, jeszcze przed pierwszą kawą, czy czymkolwiek innym.

 

Niestety, nie mogłam nigdzie znaleźć odpowiedniej ilustracji. Na takiej, byłaby dziewczyna w rozpuszczonymi włosami, sięgającymi dalej niż do pasa. Ubrana byłaby w białą lekko prześwitującą, obszerną - bo sięgającą samych kostek - koszulę nocną z muślinu. Dziewczyna stojąc w otwartym oknie sypialni, przeciąga się ziewając i chłonie ranną rześkość.

Tak właśnie odbieram Touch.

piątek, 19 listopada 2010

Mimo, że tego rodzaju zapach nie jest całkiem w moim „stylu” znajduję w nic coś, co jest w stanie mnie do niego przekonać. Posiada tę głębię, dzięki której moja wyobraźnia wędruje w poszukiwaniu skojarzeń. I tak zawędrowałam dzięki niemu do magicznego lasu. Do magicznego drzewa, wewnątrz którego w mieniących się bursztynowym blaskiem, ogrzanych trzaskającym ogniem komnatach mieszkają niezwykłe istoty. Nie nazwałabym ich ani nimfami, ani czarodziejkami, nie do końca nawet oddają charakter driad. Ich ciała lekko połyskują w świetlistej poświacie, kiedy leniwie przeciągają się po drzemce na bursztynowych kanapach wyściełanych ciepłym białym futrem. W tej siedzibie panuje spokój i harmonia. Pełna równowaga. Wokół roznosi się woń palonej żywicy, posmak soli morskiej niesiony wiatrem z pobliskiej plaży, ocieplony drzewem i kwiatami w drewnianych wazonach.

 

Buteleczka chociaż nie nadzwyczajna, pasuje do zapachu, z wyjątkiem tego, ze zbyt dużo w niej gładkości. Brak pazura i wyraźnych rys, które bardziej adekwatnie oddawałyby charakter zawartości. Zapach nadaje się do noszenia nie tylko przez kobiety. Na męskim ciele zyskuje jeszcze więcej ciepła i głębi. Może wręcz stanowić antidotum na codzienne troski, bo wtulając się w pachnącego nim  mężczyznę można zapomnieć o całym świecie i przenieść się do bursztynowego świata pełnego spokoju i błogości.

 

Nuty kardamon, bergamotka, mandarynka, irys, piwonia, herbata, cedr wirginijski, szałwia i bursztyn

wtorek, 22 czerwca 2010

Jest wczesny ranek,, budzi mnie warkot ciężarówki dowożącej pieczywo do sklepu. Jest jeszcze za wcześnie, żeby wstawać. Słońce dopiero wynurza się leniwie za horyzontem ale jego promienie są już na tyle silne, że czuć zbliżający się upalny dzień. Wychodzę na taras by lepiej widzieć tę wspaniałą iluminację.

Czuję zapach wilgotnej ziemi po nocy, radosnej zieleni drzew pomarańczowych, cyprysów i jałowców rosnących wokół oraz  intensywnie pachnacego o poranku jaśminu.

Niemal czuję w ustach smak słonej morskiej wody. Promyki słońca odbijają się w falującej powierzchni, tworząc iluzję milionów małych błyszczących szmaragdów tym samym upiększając i tak już zapierający dech w piesiach kolor śródziemnomorskich wód.

Trochę mnie zmorzyło to poranne rozleniwienie, kładę się więc na hamaku, żeby z zamkniętymi oczyma wsłuchiwać się w szum fal i delektować zapachem lenistwa, świeżości i relaksu. Zasypiam ……

.

czwartek, 29 kwietnia 2010

Większość osób, które znają Gris Clair widzi pola lawendy. I w sumie racja. Mnie jednak ten zapach przypomina zupełnie co innego z racji dziecięcych sentymentów i ciężko mi te lawendę zobaczyć.

 

Przypomina mi się szkoła podstawowa i nie wiedziec czemu, na samo jej wspomnienie widzę oczami wyobraźni klasę matematyczną. Może dlatego, że z matematyką zawsze miałam problemy, a takie rzeczy zapadają w pamięć.

Nosząc Gros Clair, wracam pamięcią do rzeczonej sali, siedzę spokojnie w ławce obok kolegi, z którym zawsze ją dzieliłam na matematyce. Na biurku leży obok zeszytów i książek piórnik. W tym piórniku, równo poukładane spoczywają kolorowe długopisy, pachnące długopisy. To właśnie ten zapach, inhalowalam sie nim od dzieciństwa i nigdy go nie zapomnę. Nie mogłam oderwać nosa od piórnika, uwielbiałam nimi pisać. I teraz, kiedy czuję GC, wracam do tamtych czasów, kiedy jako beztroskie dziecko, nie miałam świadomości, że życie może nieść o wiele więcej.

Więcej problemów niż wspomniane lekcje matematyki, ale i więcej radości niż wniuchiwanie się w piórnik. Bardzo miło jest miec taki "wspomagacz" do powracania w okres dzieciństwa.

wtorek, 27 kwietnia 2010

 

Patchouli 24 Le Labo, to rzeczywiście wypisz wymaluj smolarnia. Taka prawdziwa z przed wielu lat, kiedy dziegdź pozyskiwano naturalnie za pomocą suchej destylacji kory brzozowej.

Tak jest na początku. Można zobaczyć oczami wyobraźni dół, w którym ułożone szczapy brzozy oddają swoje soki, w postaci smolistej substancji.

 

 

Jednak, po jakimś czasie smolarnia rozmywa się w obłoku delikatnego dymku, a na jej miejsce z nienacka pojawia się wielki dzban suszonych śliwek.

 

Po dolaniu wody i dosłodzeniu go bulgocze sobie spokojnie słodki kompot. Kompot ten jest gęsty i intensywny, równie gęsty co smolista maź, która była tutaj tuż przed nim. Pachnie jednak tak apetycznie, że z chęcią wypiłoby się go do ostatniej kropelki. I chyba tak się właśnie dzieje, bo kompotu wciąż ubywa.

 

I tak z czasem, zapach staje się mniej intensywny, jak by ktoś dolał więcej wody, żeby uzupełnić brak.

Ale, ani zapach, ani smak kompotu wcale na tym nie tracą. Po prostu łagodnieją …. I tak to trwa i trwa ….

piątek, 23 kwietnia 2010

Raz już pisałam o tym zapachu, lecz odrobinę zmieniło się moje jego postrzeganie, a poza tym potraktowałam go troszkę po macoszemu i postanowiłam to naprawić, bo Genie des bois, to fiołkowo drzewny , magiczny zapach.

To leśny duszek, który opowiada o tym jak witają wiosnę w swoich progach leśne i nie koniecznie realne stworzenia.

Tańczą nad polaną świetliki, a fauny, wróżki, elfy,duszki leśne, nimfy i leśne zwierzęta, rozgadane, rozśpiewane i roztańczone zebrały się gromadnie.

Jeden z faunów przysiadł na omszałym kamieniu, gra delikatnie na harfie, łagodnie głaszcząc struny. Przy tym akompaniamencie śpiewają nimfy słodką piosenkę o nadchodzącej wiośnie, o lecie, o słońcu, wietrze, kwiatach i o drzewach. Leśne duszki w koronach drzew śmieją się wesoło, śpiewajac razem z nimi.Tańczą przy tym elfy leśne, ledwo muskajac stopami dwyan z młodziutkiej, dopiero co wyrośniętej trawy, którą zdobią liczne fiołki.

Małe fiołeczki radują swoim zapachem, który łaczy się naturalnie z wonią drzew, wilgotnej jeszcze po zimie ziemi i mchu porastającego pnie. Nad nimi tańczą w powietrzu maleńkie motyle wróżki, niektóre mają skrzydełka jak ważki, jednak połyskujace tęczowo niczym bańka mydlana, inne maja skrzydełka motyle, z tą różnicą, że bardziej kolorowe i radosne niczym tęcza. Za wrózkami sypia się drobinki świetlistego pyłu, prusząc głowy pozostałych uczestników tego radosnego zgromadzenia.

 

 

To magicza i radosna noc.

To właśnie Genie des Bois.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

W tę oto noc, na werońskim cmentarzu

Usiadł Romeo, ze świecą na lichtarzu

Przy Julii, która w Jego mniemaniu

Była już w błogiej śmierci władaniu

 

I z wielkiej rozpaczy, targnął się na życie

Nie sprawdziwszy pierwej prawdziwej idei

A kiedy fiolkę trucizny przechylił

Jej śmierci i swojej, nieświadom się przyczynił.

 

 

L’Oiseau de Nuit, w pierwszych swoich brzmieniach, przypomina mi scenę w krypcie Capulettich, kiedy Romeo widząc pogrążoną w letargu ukochaną, popełnia samobójstwo. Czuję  ten specyficzny zapach wilgotnej ziemi i strych kamieni, przysłonięty wonią kwiatów davany i jaśminu ( chociaż w składzie go nie ma ). Posmak słodkiej skóry młodej dziewczyny, kładzie się na ustach całującego ją małżonka. W jakiś sposób, odwzorowuje w mojej wyobraźni niemy krzyk rozpaczy i determinacji, która prowadzi go do podjęcia zgubnej i nieodwracalnej decyzji, mającej tak boleśnie brzemienne dla obu rodów skutki.

Połączenie miłości i śmierci, dramatyczny koniec.

 

A w dali śpiew brzęczki ……….

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Dawno nic nie napisałam. I narazie nie zanosi się na to bym coś napisała.

 

Zapachy zeszły chwilowo na dalszy plan, na pierwszym planie jest cierpienie, bezsensowne i bezpodstawne.

Czekam.

może przejdzie.

 

pozdrawiam wszystkich. Fav.

czwartek, 02 lipca 2009

Był pomysł , na nazwę. I to wszytsko!

"shiloh" znaczy "jego dar", zdecydowanie bardziej pasowała by nazwa "mapach nefesz" czyli "gorzkie rozczarowanie". Przynajmniej była by ostrzeżeniem dla naiwniaków takich jak ja.

Nie będzie tym razem poetyckich opisów, nie będzie wizji ani skojarzeń.

Shiloh to naprawdę olbrzymie rozczarowanie.


Fakt, nazwa jest dość sugestywna. I to właśnie jest pułapką, skuteczną pułapką. Co więcej: o samych perfumach było głośno z uwagi na to, że Angelina Jolie zastrzegła słowo "Shiloh" jako imię swojej córeczki i procesowała się z Hors la Monde o jego użycie bez Jej zgody. ( niewiarygodne, ale jednak prawdziwe. Nie wiem jak to możliwe, że  można opatentowac imię. Ba, jest to przecież słowo z języka, który wciąż jest żywy - ale to zostawię na inną dyskusję i raczej nie tutaj ) Tak więc rozgłos był zapewniony ( czyżby celowy zabieg ? )

Szkoda było marnować taki potencjał jakim jest sama nazwa.


Pierwsze skojarzenie , było kąpielą w zimnej wodzie uśmieconej skórkami cytryn, lemonek i dużą ilością płynu do kąpieli o zapachu cytryny. Jednak zapach stał się tak sztuczny, że zostało wrażenie umytych  cytrynowym mydłem rąk. I nic poza tym.

Oczekiwałam wiele, tym większe jest moje rozczarowanie.
Szkoda.

wtorek, 30 czerwca 2009

"Aqua Reginae Hungaricae"

 

Królowa to, czy Król ? A może metroseksualny "Delikates" ?

Ostry zapach ziół w otwarciu zapachu atakuje receptory węchowe z siłą bomba atomowej. Drapie, szypie, wżera się w gardło.

Po 30 minutach zapach łagodnieje i staje się olfaktorycznym obrazem młodego królewicza, który właśnie wyszedł z kąpieli. Dwórki otuliły go miękkimi ręcznikami, wytarły z odpowiednią czułością jego młode ciało i odziały go w lekką lnianą koszulę, którą nosi pod dziennym strojem.


Tak ubrany królewicz stoi w oknie i marzy o wielkich czynach, o bohaterstwie, ocalaniu królestwa, miłości poddanych i o podbijaniu kolejnych ziem. Patrzy na ogród, zatopiony w blasku poranka swoimi błękitnymi oczami niewinnego młodzieńca, a jego opadajace na plecy jasne loki błyszczę w promieniach słonecznyh niczym szczere złoto.
Wszystko wydaje mu się piekne, wspaniełe, ma przed sobą przecież świetlaną przyszłość. Nie świadom trosk i zgryzot jakie trapią Króla. Nie świadom odpowiedzialności jaka spoczywa na barkach rządzącego królestwem Ojca. Spokojnie ciesz się tym, co daje mu status królewskiego syna. Uciechami w towarzystwie dwórek, polowaniom, słuchaniu muzyki granej przez nadwornych grajkó. Jest szczęśliwy.

Istna Królowa Węgier. Nie ma co :)

Cardinal jest przepięknym czystym kadizidłem. Jego zapach porusza moją wyobraźnie i uczucia.

Czując go ,w myślach otwieram pudełeczko z żywicznymi drobinkami, żeby umieścić je w domowej kadzielnicy. Ze skupieniem wsypuję do niej odpowiednią ilość kolorowych kamyczków i rozgrzewam węgle. Czuję pierwsze smugi dymu  i zaczynam spacer po "włościach". Każdy pokój, kuchnia, wszystkie pomieszczenia wypełniam dokładnie kadzidalnym dymem.


Potem siadam spokojnie w fotelu  i zamykam oczy. Wokół panuje spokój, zapach przenosi mnie na szczyt góry, gdzie powietrze jest krystalicznie czyste. Na końcu kamiennej ścieżki zbudowano mała kapliczkę z kamiennych, ciosanych głazów. Zimna i surowa zarówno w dotyku jak i wizualnie, sprawia, że  czuję głęboki respekt przed jej wykonawcą, a jeszcze większy przed bóstwem, któremu jest poświęcona. To Chrystus spoglada na mnie ze swoejgo krzyża. Jego oczy są pełne gniewu, są surowe. Jak by mówił :

" Kiedyś za to zapłacą, będą żałowac okrutnie. Mimo, że umieram za nich, za ich grzechy. Kiedys poczują nieznośną, niemożliwą do wytrzymania pustkę, i to będzie ich pokuta"


Ktoś pod krzyżem rozpalił kadzidło, a jego woń splata się z drogocennym powietrzem, jestem pełna spokoju, a jednocześnie boję się bożego gniewu. Nie chcę czuć pustki, chcę kochać i być kochaną, nie chcę trwać w nicości, zawieszona między dobrem a złem. Nie chcę.


Bóg jest surowy, Bóg jest niedostępny, Bóg jest samotny ( tak, wiem, to rodem z recenzji Sabbath, ale nic nie poradzę - efekt sugestii jest zbyt mocny )


Kiedy skruszona, schodzę w dół, wracając do cywilizacji, kadzidło się ociepla. Miesza się z zapachem ciepłego drewna, palonego ogniska, a raczej samego ognia. Tutaj jest przyjemniej i bezpieczniej, cieplej, radosniej. Ten stan trwa, a ja w nim.

I kiedy otwieram oczy, rozglądam się, widzę bezpieczne schronienie, mój dom, ściany pokryte drewniana boazerią, ciepły, tapicerowany fotel. Wciąż czuję woń palonego przeze mnie kadzidła, które daje poczucie bezpieczeństwa i spokoju.


Jest doskonale.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Il n'y a pas de fumée sans feu, même, l'exception confirme la regle.
Tak można krótko napisać o Rock Crystal.



Cristal de Roche, to wędrówka wśród dzikich, niezbadanych szczytów, gdzie dobiega tylko ledwo wyczówalna smuga żywicznego dymu, nie niosąc ze sobą nawet odrobiny ognia-matki.

I jeśli Ogień jest matką dymu, a jest przecież, to dym w Rock Crystal jest niczym innym jak niemowlęciem wyrwanym z czułych objęć kochajacej matki. Porzucone przez nieczułego porywacza na zimnych kamieniach skalistego szczytu, który pokrywa mgła.
Przesiąknięte wilgocią powietrze niesie tylko chłód a promienie słońca,  nie grzeją a tylko składają kłamliwa obietnicę ciepła. Ostre kryształowo czyste powietrze wdziera się w małe płucka, sine stópki coraz wolniej miela  powietrze , zziębnięte paluszki, bez siły już chwytają niewidoczną i nie istniejacą nadzieję. I tak godzinami, cierpienie i ból, chłód i głód mu tylko towarzyszą. Aż wreszcie skrada się niewidoczny mróz, skrada się niewidoczna nadzieja ..... nie matka, nie ogień, nie ciepłe posłanie - to nadzieja na kres cierpienia, na .nicość .... aż dziecię o imieniu Cristal de Roche znika, rozpływa się i odchodzi w niepamięć, aż do następnych narodzin.

poniedziałek, 25 maja 2009

Powiastka o próżni, czystej kartce i wnętrzu drewnianego fletu.

 

Pewnego razu, w nie tak dawnych czasach, nie za wieloma górami i nie za wieloma rzekami. Gdzieś w pobliżu nas wszystkich, poza przestrzenią jako taką i pełnym wymiarem, żyła sobie Zwiedzajka. Nadszedł dzień, w którym postanowiła wybrać się w podróż nie byle jaką, ani taką ani siaką. Powiedzmy bez celu, jednak cel miała. Pierwszą z odwiedzanych krain była Kartka Czerpanego Papieru, miękka, chropowata, pełna zagnieceń tu i ówdzie. Zwiedzajka wędrowała wytrwale, wzdłóż, wszeż i w głąb. Przyglądała się każdemu zakamarkowi,każdej małej zagniotce, każdemu lejowi. Jakże fascynujące okazało się studiowanie geografii Kartki. Jakże pełne doznań zapachowych i wizualnych,. Zwiedzajka miała już w głowie plan zamieszkanai w tej okolicy, kiedy nagle coś drgnęło, zatrzęsło. Zaczęło się trzęsienie Kartki. Gdzieś musiały zetknąć się płyty, albo jakaś siła wyższa, w którą Zwiedzajka, nota bene nie wierzyła potrząsnęła Kartką i zrzuciła naszą wędrowniczkę wprost do krainy zwanej Szklaną Fiolką, pustej, puściusieńkiej, zupełnie jałowej.

 

 

 

Tutaj Zwiedzajka mogła rozkoszować się gładkością, chłodem szklanego dna, chodziła na spacery wokół, wynajdując poszczególne skazy w szklanej ścianie, nie było tu nic oprócz Niej. Nic nie miało tutaj szansy przetrwania

A miejsce ? No cóż, nie nadawało się w żaden sposób do zamieszkania. Ale jak się stąd wydostać, jak uciec. Niebo tak daleko, tak odległe się stało. I bach, coś przewróciło Fiolkę, może to owo trzęsienie Kartki przemieściło się na kolejne krainy, a moze znów zadziałała siła wyższa, w którą przecież Zwiedzajka nie wierzyła.

Całe długie godziny zajęło Zwiedzajce wyjście z fiolki, nie dość, że odległość była daleka, to  jeszcze podłoże nieprzyjemne, śliskie, nieprzyczepne zupełnie, no i nierówne przecież.

Ale udało się. Wydostała się na zewnątrz. Rozjeżała się wokłół i ruszyła znów w podróż. Tuż obok była kolejna kraina godna odkrycia - Kraina zwana Drewniany  Flet. Tak, mroczna, tak, sucha, ale jednocześnie tak przytulnie i miło pachnąca. Przygladała się nasza podróżniczka, ścianom, wyszukiwała innych form życia. Znalazła przyjaciół. Postanowiła,że tutaj zamieszka. To było idealne miejsce. 

czwartek, 21 maja 2009

Kiedy słońce chyliło się leniwie ku zachodowi, ale powietrze było jeszcze gorące, Dzongkha postanowiła wyjść na spacer, żeby zrelaksować się i ochłonąć po ciężkim dniu pracy. Wyszła na pobliską łakę, która utworzyła się w iejscu dawnych nieuzytków. Cicho i łagodnie stapała po trawie, bacznie obserwując co się w niej kryje. Tu i ówdzie usiadł motyl, czasem pobrzękiwała mucha, czy pszczoła. Było tak cicho, spokojnie. Ostre  słońce raziło beleśnie w oczy, powietrze było suche. Od czasu do czasu pękała jej pod stopa sucha gałązka. Dzongkha zbierała wysuszone  kwiaty polne, są tak intrygujące, takie piekne, a jednocześnie smutne, martwe a jednak wciąż trwają w swoim miejscu, jednak wciąż trzymają je korzenie.

 

 
 
Kiedy tak szła z naręczem suchych patyków, potknęła się o jakiś drewniany przedmiot. Podniosła go. To był drewniany młynek z mosiężną gałką. Kiedy wysunęła szufladkę, wysypał się z niej mielony pieprz, obsypując suche rosliny, które niosła. Zapachy wymieszały się, a ona niespiesznie usiadła na trawie rozkoszując się tym aromatem, ciepłem, spokojem. Chłonęła  całą sobą ciepły wiatr.

 

Siedziała tak z zamknietymy oczami, aż do zachodu słońca. Potem obserwowała czerwono-pomarańczową illuminację na skraju widnokregu. A kiedy wszystko się skończyło, poszła do domu niosa ze sobą  pachnące pieprzem suche polne kwiaty ...........

wtorek, 19 maja 2009

Do tej recenzji zabierałam się dobrych kilka miesięcy. I nic z tego nie wychodziło, tak już mam, że najtrudniej pisać mi o tych zapachach, które robią na mnie największe wrażenie.

Długo myślałam z czym kojarzy mi się Black Tourmaline. Miałam w głowie wiele obrazów, widoków, miejsc, żeden jednak nie był wystarczający, żeden nie był doskonałym odzwierciedleniem, tego jakże charakternego, zdecydowanego zapachu.

Ostatnio, kiedy nałożyłam kroplę Turmalinu przed snem, położyłam się i zamknęłam w ciemnościach  oczy, znalazłam się u wejścia jaskinii. Jej kamienne ściany były wilgotne, miejscami z czarnego jak smoła minerału ze szczelin płynie krystalicznie czysta woda. Te małe podziemne źródełka łacząc się w jeden, tworzyły spory strumień, który biegł ku rozległej podziemnej rzece stając się jej częścią.

 Ściany były wilgotne, czułam chłód .

 

 

 

Wsiadłam do małej drewnianej łódeczki i powoli, wiosłując, płynęłam wzdłóż jej koryta. Woda  była tak czarna, tak przerażajaca. Bałam się, cóz też może się tam kryć, jakie stworzenia w niej mieszkanją, co mi może zagrażać. Sklepienie, całe pokryte czarnymi stalatytami, połyskiwało mrocznie i przydawało atmosferze jeszcze więcej mroku. Musiałam wreszcie zacząć przychylać głowę bo zbliżało sie do niej niebezpiecznie tym bardziej im głębiej płynęłam.

Aż wreszcie udało  mi się dotrzeć do małego rozlewiska, nieopisana była moja radość kiedy zobaczyłam światełko w tunelu i promienie słońca oświetlajace powierzchnię wody. Wokół rozlewiska były skalne ściany pokryte roślinnością a sklepienie stanowiło bezchmurne, pełne słońca,czyste niebo. Promienie słoneczne tak mocno nagrzały czarny kamień, że mocno parzył przy dotknięciu. Ale kiedy zobaczyłam, że woda w rzece jest czysta jak kryształ, że widać każdy najdrobniejszy kamyczek na dnie rozlewiska - mogłam śmiało wyjść z łodki.

 

 

Woda okazała się być przyjemnie chłoda i czysta. Było dość płytko, sięgała mi zaledwie do pasa. Wcześniejsze obawy i strach prysnęły jak bańka mydlana. Czułam się zrelaksowana i odprężona. Zwłaszcza, że wokół roznosił się wspaniały zapach nagrzanych słońcem kamieni i chłodu powiewającego z wilgotnej jaskinii. Wspaniałe miejsce.

Wracając, ciągnęłam łódkę za sobą i szłam wolno brodząc w wodzie, której tak się wczesniej obawiałam. Jak mogłam się bać, tej czystej, chłodnej wody?

 

Chcę tam wrócić, chcę wracać tam, ilekroć będę potrzebowała odpoczynku od coodzienności, trudów życia i beznadziei jaka mnie czasami ogarnia. To moje miejsce medytacji - szkoda, że go nie znam, dobrze, że jest Tourmaline.

poniedziałek, 04 maja 2009

Nuty głowy: ziarna kopru
Nuty serca: biały irys
Nuty bazy: biały cedr, drzewo gwajakowe, drzewo sandałowe, benzoes, białe piżmo

Kiedy wącham Bois Farine, oczyma wyobraźni widzę odzianą w lekka tunikę czarną kobietę z czerwoną chustką na głowie. Siedzi okrakiem na pieńku pod drzewem i cedrowym tłuczkiem ugniata w misie z sandałowego drewna, trzymając ją między nogami, nasiona kopru, na gładką mączkę. Wokół panuje duchota i jest parno. Zanosi się na deszcz, może nawet burzę. Wilgoć wisi w powietrzu, chmury zasłaniające słońce są nisko, kłębią się groźnie. Kiedy spadną pierwsze krople deszczu, mąka będzie już gotowa, będzie można ją dodać do mąki pszennej i innych składników i wypiekać płaskie koprowe chlebki. Na razie jednak, nasiona nie są jeszcze wystarczająco rozgniecione, zostawiają na misie wilgotne oleiste ślady. Wokół unosi się aromat oleju z nich wyciśniętego pod wpływem cedrowego tłuczka.

 


 

czwartek, 23 kwietnia 2009

Nuta głowy: mech, cedr, wetiver, balsam Pervian
Nuta serca: szara ambra
Nuta bazy: włoska lemonka, sewilska pomarańcza, elemi, różowy pieprz

 

Wrażenie pierwsze

Jestem soczystą, dojrzałą pomarańczą. Skąpaną w promieniach złotego słońca. Rosną na jednym z drzew w pomarańczowym sadzie na południowym wybrzeżu Sycylii. Moja porowata, mięsista skórka nasiąka słonym morskim powietrzem i nagrzewa się. Słodki sok gotuje się ze zniecierpliwienia.

 

Wrażenie drugie

Jestem pomarańczowym sokiem ze słodkiej sycylijskiej pomarańczy, dobrze schłodzonym, podanym w wysokiej szklance z plasterkiem koleżanki cytryny.

 

Wrażenie trzecie

Jestem ociekającą cukrem kandyzowaną skórką pomarańczową, z której wyciśnięto ów sok. Jestem  przysmakiem, delicją.

 

Wrażenie czwarte

Eau des Merveilles jest złote, lśni, mieni się blaskiem niczym klejnot w słońcu. Jest jak dojrzała pomarańcza, jak pierwszorzędny sok z miąższem, jak kandyzowana skórka. Eau des Merveilles to cudowna woda, która  potrafi przenieść w czasie i w przestrzeni, sprawić by zawsze było gorące lato na południowym krańcu Europy, sprawia, że czuje się słoność morskiego powietrza nagrzanego słonecznymi promieniami. Sprawia, że widzę wprost te ciągnące się kilometrami drzewa sadów pomarańczowych uginające się od soczystych dojrzałych owoców, widzę palmy, lasy bananowców. Czuje niemal południowy klimat i nastrój rozleniwienia.

 

Cóż, chyba czas na sjestę :D

 
1 , 2 , 3